REKLAMA

Amber Gold: Jarosław Gowin zeznawał przed Komisją Śledczą

  • Autor: PAP/MIW
  • 15 grudnia 2016 13:19
Amber Gold: Jarosław Gowin zeznawał przed Komisją Śledczą Jarosław Gowin przed Komisją Śledczą. (fot. twitter.com)

• W sprawie Amber Gold uważam, że egzaminu nie zdała prokuratura - ocenił w czwartek (15.12) przed komisją śledczą b. minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL Jarosław Gowin. Dodał, że cały szereg uchybień stwierdził też w działaniach sądów i kuratorów.
• W czasie, gdy byłem ministrem sprawiedliwości, prokuratura nie podlegała nadzorowi tego resortu, więc nie miałem prawnych umocowań, żeby badać działania związane z aferą Amber Gold - powiedział  Jarosław Gowin.
• Sprawa Amber Gold dowodzi, że trzeba przemodelować sądownictwo dyscyplinarne sędziów i prokuratorów, bo mamy do czynienia ze źle pojętą solidarnością korporacyjną - stwierdził Gowin.

"Generalnie rzecz biorąc uważam, że nie zdała egzaminu prokuratura" - mówił Jarosław Gowin, odpowiadając na pytania członków komisji śledczej.

"Jeżeli chodzi o działania podejmowane przez wymiar sprawiedliwości, w ścisłym tego słowa znaczeniu, przede wszystkim przez sądy i kuratorów, to niestety stwierdziłem cały szereg uchybień" - dodał.

Gowin podkreślił, że w efekcie tego już 16 sierpnia 2012 r. złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez jednego z kuratorów. "Wskutek zainspirowanych przeze mnie działań wszczęto także cały szereg postępowań dyscyplinarnych wobec grupy sędziów" - powiedział.

Wymienił tu sądy rejonowe: w Gdańsku, Starogardzie, Malborku oraz Kościerzynie. Jak dodał, postępowania wszczęto też wobec kuratorów z Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe.

Gowin stał na czele resortu sprawiedliwości, gdy wybuchła afera Amber Gold. Funkcję szefa tego resortu pełnił od listopada 2011 r. do maja 2013 r.

"Badałem sposób wykonywania obowiązków przez sędziów i kuratorów w sprawach dotyczących Marcina P. (prezesa spółki Amber Gold) poprzedzających aferę Amber Gold. Jeśli chodzi o samą aferę, w okresie, kiedy byłem ministrem sprawiedliwości, prokuratura nie podlegała już nadzorowi szefa resortu sprawiedliwości, więc nie miałem instrumentów, ani prawnych umocowań, żeby badać działania związane z samą aferą" - powiedział Gowin, odpowiadając na pytania Joanny Kopcińskiej (PiS).

Świadek dodał, że gdy wybuchła afera - na przełomie lipca i sierpnia 2012 r. - przebywał na urlopie. "Ale natychmiast skontaktowałem się z ministerstwem i zleciłem podjęcie działań zmierzających do ustalenia okoliczności ujawnionego już wtedy faktu, że Marcin P. był już w przeszłości wielokrotnie karany" - zaznaczył.

Gowin relacjonował, że po powrocie z urlopu, wraz z ministrami Jackiem Rostowskim i Jackiem Cichockim zobowiązany został przez premiera Donalda Tuska do wspólnego przygotowania raportu przedstawiającego działania instytucji ws. Amber Gold i sprawach Marcina P. Jak dodał, sprawozdanie z tych działań przedstawił podczas posiedzenia Sejmu pod koniec sierpnia 2012 r.

"Niestety muszę powiedzieć, że w mojej ocenie sposób samorozliczenia się wymiaru sprawiedliwości z aferą Amber Gold jest dowodem na to, że trzeba zdecydowanie przemyśleć i przemodelować sądownictwo dyscyplinarne, zarówno w odniesieniu do sędziów, jak i w odniesieniu do prokuratorów. Uważam, że w przypadku i jednej, i drugiej grupy zawodowej mamy do czynienia ze zjawiskiem źle pojętej solidarności korporacyjnej" - stwierdził Gowin.

Gowin podkreślił, że jeszcze jako szef resortu sprawiedliwości podjął działania zmierzające do reformy sądownictwa dyscyplinarnego, zwłaszcza prokuratorskiego, a obecnie "bardzo popiera" działania obecnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, aby zmodyfikować sędziowskie sądownictwo dyscyplinarne.

Na pytanie posłanki Joanny Kopcińskiej (PiS) czy niewyciąganie konsekwencji wobec pracowników wymiaru sprawiedliwości przez ich zwierzchników wynikało - jego zdaniem - ze "swego rodzaju "koleżeńskości", Gowin odparł:

"Nie mam podstaw, żeby podejrzewać cokolwiek innego niż źle pojętą solidarność korporacyjną".

Gowin powiedział, że 10 sierpnia 2012 r. zobligował prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku do "przedstawienia wyników wewnętrznego nadzoru nad działalnością administracyjną tych sądów, które zajmowały się sprawami dotyczącymi (szefa Amber Gold) Marcina P. w latach poprzednich". Dodał, że 13 sierpnia otrzymał wstępne materiały i ponieważ nie był zadowolony z tempa prac gdańskiego Sądu Okręgowego, 20 sierpnia udał do Gdańska i spotkał z przedstawicielami tamtejszego wymiaru sprawiedliwości.

Jak mówił, w spotkaniu tym uczestniczył sędzia Milewski, jego zastępca sędzia Rafał Terlecki oraz prezes gdańskiego Sądu Apelacyjnego Anna Skupska i zapewne towarzysząca jej osoba z sądu apelacyjnego.

Według Gowina podczas spotkania sędziowie stwierdzili, że na podstawie podjętych działań nie widzą powodów do wysuwania jakichkolwiek zarzutów o niedopełnienie obowiązków czy innych poważniejszych wykroczeń. "Takie też stanowisko przedstawiłem podczas konferencji prasowej, która odbyła się tego samego dnia w sądzie, ale nie będę ukrywał: robiłem to z zaciśniętymi zębami" - powiedział

"Ja i moi współpracownicy mieliśmy nieodparte wrażenie, że jesteśmy wprowadzani w błąd" - dodał.

Jak zaznaczył, w spotkaniu towarzyszył mu sędzia Wojciech Hajduk, dyrektor departamentu sądów powszechnych w Ministerstwie Sprawiedliwości. "Doskonale pamiętam, to mogę zacytować dosłownie jego słowa, kiedy wyszliśmy z sądu: +panie ministrze oni pana wkręcają+" - powiedział Gowin.

"Wydaje mi się, że następnego dnia, zaraz po powrocie do Warszawy wystąpiłem do prezesa Milewskiego o przesłanie do ministerstwa akt spraw dotyczących Marcina P." - stwierdził. Jak zaznaczył, nie jest pewien daty i być może było tak, że następnego dnia podjął taką decyzję, a pismo zostało wystosowane później.

"Na pewno było to wkrótce po tym spotkaniu, jak się okazało, ja i moi współpracownicy mieliśmy rację, ponieważ w świetle ujawnionych później informacji okazało się, że podczas spotkania ze mnę pan prezes Milewski dysponował już opiniami sędziów, którzy podjęli działania z opiniami wskazującymi na różnego rodzaju uchybienia" - powiedział Gowin.

Pytany, czy mówi to na podstawie przeprowadzonych później kontroli, odpowiedział twierdząco. "Pan prezes Milewski nie ujawnił tego faktu podczas tego spotkania ze mną. Jak zapewniała mnie później pani prezes Skupna, nie ujawnił tego faktu również jej i pozostałym kolegom. Czy tak było, tego nie wiem, niewątpliwie podczas spotkania 20 sierpnia 2012 r. ze strony co najmniej pana sędziego Milewskiego mieliśmy do czynienia z próbą wprowadzenia ministra sprawiedliwości w błąd" - powiedział Gowin.

Pytany przez szefową komisji śledczej Małgorzatę Wassermann (PiS) kto na tym spotkaniu zabierał głos, Gowin odpowiedział, że uderzyło go, że "podczas całego spotkania w ogóle nie zabierał głosu pan sędzia Milewski". Wassermann zapytała, czy według niego, z postawy i zachowania Milewskiego wynikało, że akceptował on stwierdzenia sędziów, że nie ma podstaw do wszczęcia postępowań dyscyplinarnych. "Zdecydowanie tak" - odpowiedział b. minister sprawiedliwości.

Wassermann spytała go, czy odbiera milczenie Milewskiego jako przemyślane. "W momencie, w którym dowiedziałem się, kilka czy kilkanaście dni później, że on już dysponował wtedy odpowiednimi analizami, w ten właśnie sposób interpretowałem jego milczenie. Z jednej strony nie chciał powiedzieć nic co mogłoby stanowić podstawę do postawienia mu zarzutu, że wprowadził mnie czynnie w błąd. Z drugiej strony swoim milczeniem zdawał się potwierdzać prawdziwość opinii o braku podstaw do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego, braku uchybień" - powiedział Gowin.

Pytany przez posłankę Andżelikę Możdżanowską (PSL), czy podtrzymuje swoją opinię, że w przypadku afery Amber Gold mieliśmy do czynienia z "państwem teoretycznym" i gdyby dobrze funkcjonowała prokuratura i urzędy, nie byłoby tej afery, odpowiedział, że zdecydowanie podtrzymuje tę opinię. Pytany również, czy wymiar sprawiedliwości również był w jego ocenie "teoretyczny" odparł, że ze stwierdzenia, że państwo zawiodło w jakieś ważnej sprawie, nie wynika, że państwo zawodzi w każdej innej sprawie.

"Fakt, że doszło do powołania tej komisji, jest dowodem na to, że dzisiaj państwo działa lepiej, niż działało przed laty" - ocenił.

"W przypadku Amber Gold z całą pewnością doszło do wielu błędów po stronie prokuratury, z całą pewnością doszło do uchybień, a może i złamania prawa w przypadku pracy kuratorów, do uchybień w pracy sędziów sądu rejestrowego, do braku nadzoru ze strony innych sędziów nad wykonaniem kolejnych kar dla Marcina P." - mówił w czwartek Gowin.

"Teraz mogę już tylko powiedzieć na odpowiedzialność ówczesnego ministra (finansów Jacka - PAP) Rostowskiego, że doszło również do uchybień ze strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i ze strony urzędów skarbowych" - dodał.

Gowin zwrócił się o wydanie akt spraw dotyczących spraw Marcina P. po spotkaniu w sądzie w Gdańsku, do którego doszło 20 sierpnia 2012 r., po wybuchu afery Amber Gold. "Wyprzedzając ewentualne pytania, bo pojawiały się wtedy takie zarzuty, a sprawa była bardzo gorąco komentowana, że ja sam jako polityk chciałem mieć wgląd w te akta - to nieprawda" - powiedział b. minister sprawiedliwości.

Jak zaznaczył, wgląd w akta mieli wyłącznie sędziowie oddelegowani do pracy w resorcie sprawiedliwości. "Chcę powiedzieć, że jestem przekonany, że gdyby nie ta decyzja, ta moja decyzja oraz działania sędziów z Ministerstwa Sprawiedliwości, to bylibyśmy o wiele dalej od wyjaśnienia sprawy Amber Gold" - powiedział.

Odpowiadając na pytanie mówił, że z tego co pamięta, akta te resort otrzymał od wiceprezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku Rafała Terleckiego, bo - jak dodał Gowin - ówczesny prezes tego sądu Ryszard Milewski przebywał wówczas na urlopie.

"Sędzia Milewski, tak ja interpretowałem jego zachowanie, wyraźnie starał się uchylić od odpowiedzialności za decyzję o przysłaniu bądź nieprzysłaniu mi tych akt. Przerzucił odpowiedzialność za tę decyzję na swojego zastępcę" - dodał Gowin.

"Nie będę ukrywał, że moja decyzja wywołała wiele kontrowersji. Została bardzo szeroko oprotestowana przez środowisko sędziowskie, wywoływała też kontrowersje w samym ministerstwie" - mówił. Jak dodał, pojawiały się opinie, że decyzja ta jest sprzeczna z przyjętą pod koniec poprzedniej kadencji, czyli w 2011 r. nową ustawą o ustroju sądów powszechnych.

"Na sprawę tej ustawy chciałbym zwrócić uwagę. Ta ustawa pod koniec kadencji w atmosferze przedwyborczej przeszła niezauważona. Tymczasem jej zapisy de facto pozbawiały ministra sprawiedliwości, a więc tym samym całe państwo, ogół obywateli jakiejkolwiek efektywnej kontroli nad tym co dzieje się w sądach pod warunkiem oczywiście przyjęcia takiej interpretacji tych przepisów, za którą to interpretacją bardzo szeroko opowiadało się środowisko sędziowskie" - powiedział Gowin.

Szefowa sejmowej komisja śledczej Małgorzata Wassermann (PiS) stwierdziła, że "ochronie powinny podlegać dokumenty jeśli ma to jakiś cel i jakiś sens". "Jeżeli są postępowania zakończone, a z takimi mieliśmy tutaj do czynienia, jeśli każdy obywatel i każdy dziennikarz może wystąpić o dostęp do tych dokumentów w ramach dostępu do informacji publicznej, to ja uważam, że wszelka dyskusja na temat ustawy, która nota bene była niejasna, ja wcale nie uważam, żeby uniemożliwiała ministrowi sprawiedliwości sprawowanie kontroli nad prawomocnie zakończonymi postępowaniami (....) To był w ogóle spór absurdalny" - powiedziała Wassermann.

"W pełni podzielam stanowisko pani przewodniczącej, ale też chcę zauważyć, że to stanowisko nie jest do końca reprezentatywne nawet dla tej części środowiska prawniczego, którą pani reprezentuje, bo Naczelna Rada Adwokacka zapowiedziała wtedy wystąpienia do prokuratury z doniesieniem na mnie jakobym złamał prawo" - powiedział Gowin.

Witold Zembaczyński (Nowoczesna) przypomniał, że Gowin mówił dawniej w mediach m.in., by w związku ze sprawą Amber Gold "poszkodowani ludzie otrzymali zadośćuczynienie". "Co w tej sprawie, w sprawie tych pokrzywdzonych może pan zrobić dzisiaj, jako wicepremier polskiego rządu?" - pytał Zembaczyński.

"Mogę zrobić dokładnie tyle samo, co pan poseł. Możemy wspólnie podjąć taką inicjatywę sejmową, żeby z budżetu państwa wypłacić poszkodowanym odszkodowania, dlatego, że niestety polskie państwo w sprawie Amber Gold zawiodło także na tym późniejszym etapie, kiedy okazało się, że pieniądze ukradzione przez Marcina P. nie zostały odzyskane" - powiedział Gowin.

Zastrzegł jednak, że "osobna sprawa, to jest pytanie, czy takie rekompensaty z budżetu państwa, czyli podatków milionów podatników, są zasadne, czy nie".

"Czy mam rozumieć przez to, że te odszkodowania powinny być wypłacone, jeśli komisja dowiedzie, że państwo zawiodło?" - dopytywał Zembaczyński.

"Osobiście byłbym przeciwny takiej inicjatywie, ale jeśli pan poseł ją podejmie, to rozważę wszystkie argumenty za i przeciw" - odpowiedział Gowin.

Poseł dopytywał także o słowa Gowina z poprzedniej kadencji Sejmu, że komisja śledcza ds. Amber Gold jest niepotrzebna.

"Jako polityk staram się wyciągać wnioski z faktów i z własnych pomyłek. Wtedy, w poprzedniej kadencji, uważałem, że aparat państwa dysponuje odpowiednimi narzędziami, by wyjaśnić przyczyny i odzyskać przynajmniej część ukradzionych pieniędzy i pociągnąć do winy odpowiedzialnych. Po paru latach widać czarno na białym, że niestety polskie państwo nie poradziło sobie z aferą Amber Gold, dlatego podniosłem rękę za powołaniem tej komisji z pełnym przekonaniem" - odpowiedział Gowin.

Pytany przez szefową komisji śledczej Małgorzatę Wassermann (PiS), czy premier Donald Tusk wiedział o tym, że w Gdańsku, "mateczniku Platformy Obywatelskiej" wszyscy są "zachłyśnięci" firmą OLT Express, Gowin ocenił, że Tusk jako wnikliwy obserwator musiał o tym wiedzieć.

Pytany, jak wyglądał przepływ informacji, skoro Tusk nie został poinformowany, że w przypadku OLT Express "mamy do czynienia z człowiekiem (chodzi Marcina P. szefa Amber Gold, firma ta była głównym udziałowcem linii lotniczych OLT) który ma 9 wyroków na koncie", Gowin odpowiedział, że właśnie m.in. dlatego uważa, iż w przypadku Amber Gold zawiodło państwo.

"Takie informacje powinny być dostarczone premierowi Tuskowi natychmiast, zwłaszcza w momencie, kiedy współpracę z OLT podjął jego syn" - powiedział.

B. minister sprawiedliwości powiedział, że Tusk w rozmowie z nim formułował duże pretensje pod adresem ówczesnego szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Krzysztofa Bondaryka. "Donald Tusk zgłaszał wobec niego pretensje, że ABW nie ostrzegło go, że jego syn podejmuje współpracę z instytucją biznesową podejrzaną" - mówił.

"Mówiąc szczerze uważałem wtedy tak samo, uważałem, że obowiązkiem ABW jest ochrona nie tylko premiera, nie tylko ważnych polityków, ale także ich rodzin" - dodał.

Jak podkreślił, sam sformułował taką opinię pod adresem Bondaryka, że ABW zawiodło. "Powiedziałem mu: +panie generale, moim zdaniem ABW powinna premiera ostrzec, że jego syn podejmuje współpracę z taką podejrzaną instytucją+" - mówił.

Gowin podkreślił, że w odpowiedzi Bondaryk stwierdził, że istnieje zróżnicowana praktyka w stosunku do różnych premierów, jeżeli chodzi o osłonę ze strony służb państwowych, wywiadowczych i kontrwywiadowczych, że tutaj decyzja zależy od samego zainteresowanego.

Bondaryk - jak zaznaczył Gowin - dodał w rozmowie z nim , że premier Tusk zdecydowanie nie życzył sobie, żeby ABW towarzyszyła czy pilotowała sprawy związane z jego rodziną. "Generał Bondaryk, broń Boże, nie sugerował, że Donald Tusk chciał cokolwiek ukryć, on chciał, żeby jego rodzina cieszyła się swobodą działania i że ABW w związku z tym musiało taką wolę premiera usankcjonować" - powiedział Gowin.

Na pytanie Andżeliki Możdżanowskiej z PSL, czy wie, kto jest "czarnym bohaterem" Amber Gold, odparł, że gdyby wiedział, to już dawno ujawniłby to opinii publicznej. "Sądzę, że świat przestępczy, mafia, która w Polsce istnieje" - wskazał.

"Jestem do dzisiaj przekonany, że Marcin P. był +słupem+. To jest jedna z rzeczy, które bezwzględnie powinny być przedmiotem dalszego drążenia przez komisję" - mówił Gowin. I uzasadniał: "Marcin P. był drobnym oszustem, popełniał bardzo prymitywne, łatwe do wychwycenia przestępstwa, jedno za drugim. Nic nie wskazywało na to, żeby mógł popełnić przestępstwo z dużym rozmachem. No i nagle, po jednym z pobytów w areszcie, wychodzi z tego aresztu i rozwija wielkie przedsięwzięcie. Rozwija je z rozmachem, rozwija je z imponującą oprawą medialną. Wiedząc o nim to, co wie opinia publiczna, jestem przekonany, że nie był w stanie sam tego wymyślić ani przeprowadzić".

Małgorzata Wassermann (PiS) dopytywała, czy - zdaniem Gowina - przestępcy - "chyba, że za przestępcami ktoś stoi" - mogliby mieć aż takie możliwości, żeby w danym województwie doprowadzić do tego, że "ani ZUS, ani urząd skarbowy, ani kontrola skarbowa, ani prokuratura, ani policja, ani żaden z sędziów, który w 2012 r. jeszcze orzekał w jego sprawach wykonawczych, a widział go na plakatach i wiedział, że ma dziewięć wyroków, nie są w stanie zareagować".

Wassermann podkreśliła, że nie spotkała się jeszcze z sytuacją, żeby przestępca, "nawet dobrze postawiony przestępca, był w stanie dojść do takiej ilości instytucji".

"Stawiam sobie dokładnie te same pytania, co pani przewodnicząca. Próbowałem je rozwikłać w tym krótkim okresie, kiedy byłem ministrem sprawiedliwości - krótkim, już po wybuchu afery, bo niespełna pół roku byłem ministrem. Stawiam je sobie do dzisiaj jako polityk i jako obywatel. Odpowiedzi nie znajduję" - odpowiedział Gowin.

"Czy pana zdaniem środowisko sędziowskie kierowało się solidarnością, a nie literą prawa?" - dopytywał Witold Zembaczyński (Nowoczesna).

Gowin odpowiedział, że "sprawa jest sporna". "Trybunał Konstytucyjny w jakiś czas później uznał, że w świetle obowiązującego wówczas prawa jednak nie miałem możliwości występowania o te akta. Pozostaję przy swoim zdaniu" - powiedział wicepremier.

"Wbrew wyrokowi Trybunału?" - dopytał Zembaczyński. "Tak" - odpowiedział Gowin.

TK w październiku 2015 r. uznał, że przepisy o prawie ministra sprawiedliwości do żądania przedstawienia mu akt sprawy sądowej są niezgodne z konstytucją. Według TK, takie uprawnienie MS było "wkroczeniem w dziedzinę sprawowania wymiaru sprawiedliwości".

20 września 2012 r. Gowin odpowiadając na pytania dotyczące zarzutów medialnych o złamanie przez niego przepisów ustawy o ustroju sądów powszechnych ws. żądania akt powiedział: "Mam w nosie literę przepisów, ważny jest ich duch i ważne jest to, że Polacy mają prawo żyć w państwie, gdzie wymiar sprawiedliwości stoi na straży interesów obywateli, a nie na straży interesów sitwy tworzonej przez część środowisk prawniczych. Ja wiem, że ta sitwa jest dzisiaj przerażona tym, co robię i chcę, żeby stąd poszedł jasny przekaz do tej sitwy: nie zastraszycie mnie". Dzień później minister przeprosił za swoją wypowiedź, że "ma w nosie literę przepisów".

W październiku 2012 r. warszawska prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa na wniosek SLD o możliwym przekroczeniu uprawnień przez Gowina i prezesów gdańskich sądów ws. zwrócenia się do gdańskiego sądu o przekazanie akt spraw dot. Marcina P. "Wyżej wymienieni funkcjonariusze publiczni naruszyli przepisy proceduralne, ale ich zachowanie nie naruszyło dóbr prawnie chronionych; jednocześnie działali na korzyść interesu publicznego" - oceniła wtedy prokuratura.

Małgorzata Wassermann (PiS) pytała Gowina, kogo po wybuchu afery Amber Gold zdymisjonował ówczesny premier Donald Tusk."Natychmiast po wybuchu afery, wedle mojej wiedzy, premier poważnie rozważał odwołanie szefa ABW gen. Bondaryka oraz prezes UOKiK. Ostatecznie nie zdecydował się ani na jedno, ani na drugie" - odpowiedział.

"W obu tych przypadkach zmienił zdanie, chociaż oboje zostali odwołani w późniejszym okresie" - dodał.

Gowin wskazał, że w przypadku gen. Bondaryka "zdecydowanie w obronę" brał go minister Jacek Cichocki, który "słusznie wskazywał, że ABW przystąpiło do działań natychmiast po tym, kiedy Amber Gold weszło w obszar przemysłu lotniczego".

Wassermann dopytywała, dlaczego więc nikt ze służb nie ostrzegł wcześniej Tuska, jeśli chodzi o sprawę Amber Gold. "Mogę mówić tylko o faktach, których byłem świadkiem. Byłem świadkiem zgłaszania przez premiera Tuska dużych zastrzeżeń do działalności ABW; nie byłem świadkiem zgłaszania zastrzeżeń do działalności policji" - odpowiedział Gowin.

Szefowa komisji pytała też, czy Tusk miał w planach odwołanie ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, w związku z działaniami prokuratury. "Czy w kontekście afery Amber Gold premier rozważał możliwość takich działań, tego szczerze mówiąc nie pamiętam" - odparł.

Tusk wiedział o Amber Gold?

"Z całą pewnością ani wtedy, ani dzisiaj nie widzę żadnych dowodów na to, że Donald Tusk albo wiedział o tej aferze wcześniej i nie podejmował działań naprawczych, albo wręcz, że tuszował ją" - podkreślał ówczesny minister sprawiedliwości.

Gowin pytany był przez Andżelikę Możdżanowską (PSL), kiedy Donald Tusk dowiedział się o aferze? "Nie mam zdania w tej sprawie, dlatego, że z jednej strony wówczas sam Donald Tusk mówił o tym, że został poinformowany o całej sprawie bardzo późno, bo bodajże pod koniec maja przez ABW. Z drugiej strony, w roku 2015 ukazał się zapis nagrania rozmowy odbywanej w restauracji +Sowa i przyjaciele+ z udziałem prezesa NBP Marka Belki, który mówił do swoich rozmówców, że kilka miesięcy wcześniej informował premiera Tuska, że Amber Gold jest piramidą finansową" - odparł.

Dopytywany, powtórzył, że "nie widzi podstaw do tego, żeby obarczać Tuska zarzutem, że wiedział o aferze i nie reagował albo, że wiedział o aferze i czerpał z tego jakieś korzyści, bądź tolerował czerpanie korzyści przez ludzi ze swojego otoczenia".

"Jedyny znak zapytania, który się tutaj pojawia, to wspomniane słowa Marka Balki. Bo jeżeli te słowa są prawdziwe, to premier Tusk powinien był zobowiązać podległe mu organy państwowe do bardzo zdecydowanych działań już wtedy, kiedy powziął taką informację od nie byle jakiej osoby, bo prezesa NBP" - zauważył.

Jak zeznał, co najmniej kilkukrotnie rozmawiał z premierem Tuskiem o Amber Gold, a pierwsza z tych rozmów dotyczyła zobowiązania jego samego, a także ministrów Marka Cichockiego oraz Jacka Rostowskiego do przygotowania raportu o aferze, który został później przedstawiony Sejmowi. Według Gowina rozmowa ta miała miejsce tuż po jego powrocie z urlopu, "co musiało nastąpić w przedziale 5-10 sierpnia".

Gowin był też pytany przez Możdżanowską o jego działania sprawdzające, czy istnieją jakieś powiązania pomiędzy Marcinem P. a politykami trójmiejskiej PO.

Jak powiedział, gdy przestał już pełnić funkcję ministra sprawiedliwości, odbył szereg rozmów z "autorytetami życia publicznego Trójmiasta". Nie chciał wymienić nazwisk, uzasadniając, iż są to osoby prywatne, w tym osoby duchowne.

"Pytałem ich, czy w ich ocenie i wedle ich wiedzy takie związki istniały, czy nie istniały. (...) Moi rozmówcy twierdzili, że w Trójmieście było zachłyśnięcie się projektem +trójmiejskiego Ryanaira+, że powstaną lokalne linie lotnicze (chodzi o OLT Express - red). Natomiast wedle wiedzy tych kilku moich rozmówców nie istniały ścisłe związki między trójmiejską Platformą a Marcinem P." - dodał.

"Wiadomo, że Marcin P. finansował jakieś przedsięwzięcia samorządowe, zwłaszcza w Gdańsku, i że w związku z tym istniały jakieś kontakty między nim a prezydentem (Gdańska Pawłem - red) Adamowiczem. Natomiast żaden z moich rozmówców nie był w stanie wskazać na jakiś bardziej bezpośredni i osobisty charakter tych kontaktów" - uzupełnił.

Prokuratura nie zadziałała jak powinna?

Gowin pytany przez posła Jarosława Krajewskiego (PiS) o to, jak ocenia działalność prokuratury ws. afery Amber Gold powiedział, że według niego model rozdziału urzędu prokuratura generalnego i ministra sprawiedliwości w okresie rządów PO-PSL nie sprawdził się. Według b. ministra sprawiedliwości w ówczesnym modelu prokurator generalny miał zbyt wąskie kompetencje.

"Ustawa wiązała mu ręce, nawet w prostych sprawach personalnych nie był w stanie podejmować samodzielnie decyzji, uzależniony był od zgody Krajowej Rady Prokuratorów, a zarówno w sensie personalnym jak i ustrojowym Krajowa Rada Prokuratury została ustawiona w kontrze do prokuratura (generalnego Andrzeja) Seremeta" - mówił.

Gowin podkreślił, że uważa Andrzeja Seremeta za człowieka "głęboko uczciwego", za człowieka, który bardzo dbał o niezależność prokuratury. Dodał, że w kwestii niezależności prokuratury był w sporze z Seremetem, który wówczas krytycznie oceniał projekt zmiany ustawy o prokuraturze autorstwa Gowina.

"Chciałem z jednej strony zwiększyć uprawnienia prokuratura generalnego, z drugiej strony poddać kontroli już nie rządu co prawda, ale parlamentu. No i pan prokurator generalny uważał, że ten drugi element mojej koncepcji narusza zasadę niezależności prokuratury" - powiedział Gowin.

"Jak zostałem ministrem sprawiedliwości i zobaczyłem jak to funkcjonuje w praktyce, to po kilku tygodniach wiedziałem, że trzeba tę ustawę zmienić, podjęliśmy z panem ministrem Królikowskim bezzwłoczne prace nad nową ustawą o prokuraturze" - zaznaczył.

Według Gowina prokurator Seremet, który wcześniej sprawował urząd sędziego, został przez środowisko prokuratorów zignorowany. "Był bojkotowany, czy sabotowane były jego działania przez prokuratorów" - powiedział.

Ponadto b. minister sprawiedliwości stwierdził, że miał zastrzeżenia co do "sprawności zarządczej" prokuratora Seremeta oraz ocenił, że "brakowało mu doświadczenia w kierowaniu tak dużą i skomplikowaną instytucją jak prokuratura".

"Gdyby prokuratura funkcjonowała tak jak powinna funkcjonować, nawet przy ówczesnych regulacjach ustawowych, to skala afery Amber Gold byłaby zdecydowanie mniejsza" - ocenił Gowin. Według niego, zdecydowana część odpowiedzialności za aferę Amber Gold spada na prokuraturę.

Pytany przez posła Krajewskiego, komu zależało na "rozmontowaniu prokuratury, żeby w takiej sprawie jak Amber Gold nie reagowała w sposób skuteczny i szybki", Gowin odpowiedział, że nie ma podstaw do tego, żeby twierdzić, że ktoś celowo doprowadził do rozdzielenia prokuratury od Ministerstwa Sprawiedliwości po to, żeby ułatwiać życie przestępcom.

"Myślę, że raczej kryła się za tym rozwiązaniem pewna naiwność, natomiast na pewno prokurator generalny w ramach tych swoich bardzo wąskich kompetencji niestety nie był w stanie wyciągać konsekwencji dyscyplinarnych, stąd przynajmniej ja mam takie wrażenie bezkarności również prokuratorów, którzy zawinili w sprawie Amber Gold" - powiedział b. minister sprawiedliwości.

Dodał, że nie ma podstaw do tego, żeby stawiać zarzuty jakiemukolwiek politykowi działań w złej wierze w tej sprawie.

Podobał się artykuł? Podziel się!

Skomentuj

  • Brak komentarzy.



REKLAMA

Znajdź swojego posła i senatora

LUB
Polityka rozbudza emocje, jakich dawno nie było? Oceniaj i komentuj działania i wypowiedzi posłów i senatorów z podziałem na okręgi i komitety. Twój głos zawsze się liczy!
REKLAMA