REKLAMA

Afera wokół marszu KOD-u i opozycji dezorientuje Polaków. "Nie można znaleźć punktu, w którym narracje - prorządowa i opozycyjna - mogą się spotkać"

  • Autor: Gabriel Paździor
  • 09 maja 2016 19:05
Afera wokół marszu KOD-u i opozycji dezorientuje Polaków. "Nie można znaleźć punktu, w którym narracje - prorządowa i opozycyjna - mogą się spotkać" Sobotni (7 maja) marsz z kukłą lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego jako "władcy marionetek". (fot.:PO/flickr.com/CC BY-SA 2.0)

• Sobotnia (7 maja) manifestacja opozycji była przedmiotem przedziwnego podliczania. Według miasta i opozycji przybyło 250 tysięcy osób. Policja podała niższy szacunek - 45 tysięcy.
• Socjolog Ireneusz Krzemiński podkreśla, że marsz miał dla niego "ciekawy i zabawny" charakter. Jednocześnie ubolewa, że sytuacja liczenia protestujących stała się powodem powątpiewania w możliwości kalkulacyjne policji.
• Dr Tomasz Słupik z UŚ mówi z kolei, że rozbieżności w ocenie liczby maszerujących niszczą zaufanie społeczne i tylko petryfikują podział na polskiej scenie politycznej.

Politykę od stuleci, a właściwie od starożytności prowadzi się w przestrzeni publicznej. Kiedyś na agorze (greckim rynku), potem w rzymskim forum, a w sobotę (7 maja) na ulicach Warszawy.

W marszu, który zorganizowały wspólnie KOD, PO, Nowoczesna, PSL i inne partie opozycyjne (w tym pozaparlamentarne) miało wziąć udział blisko 240 tysięcy ludzi. Tak liczebność protestu oszacowali organizatorzy. Policja podała liczbę (zgromadzoną w szczytowym momencie całego wydarzenia na placu Piłsudskiego) na 45 tysięcy.

Protestujący nosili podobiznę Jarosława Kaczyńskiego stylizowaną na lidera Korei Północnej, czy Antoniego Macierewicza na islamskiego radykała. Skandowali jednocześnie hasła: „Obronimy demokrację”, a lider KOD Mateusz Kijowski ogłosił:

- Nigdy więcej - wcześniej ani później - tylu Polaków nie stanęło po jednej stronie – mówiąc o ważnym dla Polski referendum akcesyjnym do UE.

Lider KOD w towarzystwie polityków opozycji, źródło: PO/flickr.com/CC BY-SA 2.0)

O zdanie na temat specyficznej manifestacji zapytaliśmy m.in. prof. Ireneusza Krzemińskiego.

- Uderzyło mnie jak zabawny i ciekawy był sobotni marsz - mówi w rozmowie z Parlamentarny.pl Ireneusz Krzemiński, socjolog i komentator życia politycznego z UW. - To było zwycięstwo języka pojednawczego nad agresją i przypomniało mi "Solidarność" w latach 80.

Politycy partii rządzącej ocenili marsz jednoznacznie i odwrotnie niż pytany przez nas socjolog. Minister MSWiA, a zarazem kluczowa postać PiS Mariusz Błaszczak w poniedziałek (9 maja) kwitował sobotni marsz słowami:

- Przecież miało tam być kilkaset tysięcy, milion ludzi miał wyjść na ulice – komentował w radio Błaszczak. - Mówiono o tym, że będzie ich bardzo dużo, ale większą porażką jest nawet nie liczba tylko to, że Grzegorz Schetyna wydał olbrzymie pieniądze.

Resort spraw wewnętrznych przekazał te same dame, co stołeczna Policja., źródło: MSWiA, twitter.com

Sprawę tę poruszali także politycy opozycji i automatycznie stała się ona punktem dyskusji:

Jan Grabiec, rzecznik klubu PO, źródło: twitter.com

Prawda jak zwykle leży pośrodku. Marsz policzył np. repoter TVN z Warszawy Dariusz Prosiecki, który podzielił trasę marszu na cztery odcinki.

- Pierwszy z nich - liczący nieco ponad kilometr odcinek łączył plac na Rozdrożu z placem Trzech Krzyży. Według bardzo ostrożnych szacunków dziennikarza "Faktów", już na początku szło tędy ponad 40 tysięcy osób. Drugi odcinek to sam Plac Trzech Krzyży, który w jednym momencie, zdaniem dziennikarza, mógł bez problemu pomieścić kolejne 10 tysięcy osób. Z kolei węższy, kilometrowy odcinek, między Nowym Światem a pomnikiem Kopernika mógł jego zdaniem zgromadzić bez ścisku ponad 20 tysięcy osób. Ostatni fragment trasy do Placu Piłsudskiego liczył około sześćset metrów. Można założyć, że szło tędy około 17 tysięcy osób" - czytamy na stronie tvn24.pl

Ireneusz Krzemiński daje do zrozumienia, że liczenie osób nie powinno być tak trudne, by doprowadzić do różnicy dwustu tysięcy osób.

- Jedynym problemem był ruch manifestacji - mówi nasz rozmówca. - Policja liczyła około 14.30, wtedy na pewno było na placu Piłsudskiego czterdzieści pięć tysięcy ludzi, ale pominięto znaczną część, która nadal, przez kilka kilometrów maszerowała.

Socjolog z UW podkreśla też i ubolewa, że właśnie szacunek liczby maszerujących stał się obiektem sporu, nawet gdy go później doprecyzowano. - Wolałbym, gdyby liczby podawane przez policję był poza wszelkim podejrzeniem.

Powodów takiego stanu oceny sobotniego marszu dr Tomasz Słupik upatruje w wojnie informacyjnej, którą prowadzą obozy polityczne w Polsce.

- Jednym zależy na tym, by liczbę protestujących zaniżyć, a drugim przeciwnie - by ją zawyżyć - mówi politolog z Uniwersytetu Śląskiego. - W ten sposób obie strony trąbią o sukcesie.

Do tego - jego zdaniem polifoniczność mediów - bo już nawet nie pluralizm - doprowadza do dezorientacji Polaków.

Mowa o sytuacji, gdy media podają sprzeczne ze sobą komunikaty. W ocenie politologa to petryfikuje niebezpieczny podział w Polsce jeszcze bardziej, bo nie można znaleźć punktu, w którym narracje - prorządowa i opozycyjna - mogą się spotkać.

- Jesteśmy świadkami coraz mocniejszego niszczenia zaufania społecznego - kończy dr. Słupik.

Podobał się artykuł? Podziel się!

Skomentuj

  • Brak komentarzy.



REKLAMA

Znajdź swojego posła i senatora

LUB
Polityka rozbudza emocje, jakich dawno nie było? Oceniaj i komentuj działania i wypowiedzi posłów i senatorów z podziałem na okręgi i komitety. Twój głos zawsze się liczy!
REKLAMA