REKLAMA

Platforma Obywatelska ma problem: lokomotywy odjechały

  • Autor: parlamentarny.pl (Adam Sofuł)
  • 03 sierpnia 2015 09:16
Platforma Obywatelska ma problem: lokomotywy odjechały Donald Tusk w poprzednich wyborach zapewnił swojej partii prawie 375 tys. głosów. Fot. PTWP (Andrzej Wawok)

Platforma Obywatelska tworząc listy wyborcze ma nie lada problem. I nie chodzi o walki frakcyjne czy spadające poparcie. Partia ta utraciła znaczną część swoich lokomotyw wyborczych. Do obecnej walki o poselskie fotele nie staną politycy, którzy w poprzednich wyborach dali PO ponad milion głosów

Nieco ponad rok temu Platforma Obywatelska świętowała sukces w wyborach do europarlamentu. Dziś może stać się ofiarą tego sukcesu. W PE i innych instytucjach europejskich partia ma wprawdzie stosunkowo liczną reprezentację. Sęk w tym, że to autorzy wyborczego sukcesu PO z poprzednich wyborów parlamentarnych, a następców nie widać.

Każdy szef sztabu wyborczego wie, jak ważne dla każdej partii są lokomotywy wyborcze w każdym okręgu wyborczym - osoby, które zgraną gro głosów, zwiększając pulę mandatów dla danej partii w okręgu i umożliwiając wejście kandydatom z dalszych miejsc na listach wyborczych. Dlatego takie znaczenie przywiązuje się do tzw. partyjnych jedynek. To oni mają przyciągnąć elektorat. Stąd też wynika obecność na listach różnego rodzaju celebrytów (przede wszystkim sportowych jak np. Jan Tomaszewski, ale nie tylko) i znanych nazwisk (by wspomnieć w kontekście obecnych wyborów przymiarki do następnego pokolenia Cimoszewiczów i Lepperów). Dziś Platforma Obywatelska ma z tym problem.

Największym kłopotem jest największa duma PO - przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Dziś w wyborach krajowych kandydować nie może - a w poprzednich zapewnił swojej partii prawie 375 tys. głosów. Na dodatek zabrał ze sobą do Brukseli Pawła Grasia, który wprawdzie uzyskał poparcie dziesięciokrotnie mniejsze niż szef (prawie 37 tys. głosów), ale i tak jest to wynik, o którym większość zasiadających w Sejmie może jedynie pomarzyć.

 Sporym problemem okazały się też wybory do europarlamentu. Wielu polityków Platformy zakończyło je sukcesem i przeprowadziło się z Warszawy do Brukseli, ale w ten sposób pozbawili swoją partię setek tysięcy głosów. Np. Bogdan Zdrojewski był jednym z rekordzistów poprzednich wyborów – uzyskał prawie 150 tys. głosów. To mocno wyśrubowany wynik, ale jeśli zliczyć głosy uzyskane w poprzednich wyborach przez dzisiejszych europarlamentarzystów to i tak PO ma powody do zmartwień.

 Popatrzmy: Barbara Kudrycka zapewniła w 2011 PO ponad 41 tys. głosów, Dariusz Rosati prawie 60 tys., Adam Szejnfeld dał swojej partii ponad 45 tys. głosów, Julia Pitera zebrała ok. 29 tys. głosów, Agnieszka Kozłowska- Rajewicz to niespełna 28 tys. głosów.

 Europarlament to jednak nie jedyne straty. Warto zauważyć, że część polityków wycofała się z życia publicznego. Z niektórymi PO rozstała się bez większego żalu, uznając, że w nadchodzących wyborach byłby bardziej obciążeniem niż atutem. Może to właściwa kalkulacja, ale to oznacza, że trzeba znaleźć następcę dla Sławomira Nowaka, który w poprzednich wyborach zgarnął ponad 65 tys. głosów. W tej sytuacji trudno się dziwić, że wbrew niechęci części wyborców protestom opozycji na listach wyborczych znajdą się zapewne bohaterowie „afery taśmowej” np. Włodzimierz Karpiński (16,5 tys. głosów) i Andrzej Bernat (ponad 25 tys. głosów). Komentatorzy zwracają uwagę na ryzyko związane z tymi kandydaturami, ale wygląda na to, że w obecnej sytuacji PO każdy głos jest na wagę złota.

 Wspomniana afera to kolejny problem PO - nie wiadomo, jak zaważy na wynikach tych kandydatów, którzy jednak zdecydowali się na start. Wiadomo, że Ci którzy się bezpośrednio lub pośredni w jej następstwie wycofali ze starty w wyborach będą kosztowali Platformę kolejne 100 tys. głosów. Mowa tu o Jacku Rostowskim (ok 10 tys. głosów), ale przede wszystkim o Radosławie Sikorskim, który cztery lata temu jako lider listy bydgoskiej zdobył dla siebie i dla partii poparcie ponad 91 tys. wyborców.

Warto również przypomnieć, że przez ostatnie lata skład klubu PO podlegał zmianom – posłowie przychodzili i odchodzili. W kontekście wyborczym niektóre odejścia mogą okazać się szczególnie bolesne - jeden z dzisiejszych liderów prawicy Jarosław Gowin, jako kandydat PO zdobył cztery lata temu 62,5 tys, głosów. Inny przedstawiciel konserwatywnego skrzydła partii, który opuścił ją razem z Gowinem - John Godson - w poprzednich wyborach cieszył się poparciem prawie 30 tys. wyborców.

Wypada wreszcie wspomnieć - last but not least - o politykach, którzy, mówiąc nieco górnolotnie przeszli do służby państwowej. To przede wszystkim Krzysztof Kwiatkowski, którego obecna funkcja prezesa Najwyższej Izby Kontroli praktycznie wyklucza z wyborów. A cztery lata temu mógł się pochwalić wynikiem 68,8 tys. głosów.

 Można oczywiście powiedzieć, że w polityce nie ma ludzi niezastąpionych i to zapewne prawda. Sęk w tym (dla Platformy oczywiście), że gorączkowe szukanie zastępców w ostatniej chwili może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Czy elektorat PO „kupi w ciemno” Michała Kamińskiego jako kandydata do Sejmu z Płocka? A Romana Giertycha jako kandydata na senatora? To prawda, że kluczową kwestią jest rozpoznawalność kandydatów, a w tych przypadkach jest ona bezdyskusyjna. Z drugiej jednak strony sięganie po ludzi, którzy jeszcze nie tak dawno stali po drugiej stronie barykady, może być dowodem otwartości partii, ale może być też dowodem desperacji.

Podobał się artykuł? Podziel się!

Skomentuj

  • Brak komentarzy.



REKLAMA

Znajdź swojego posła i senatora

LUB
Polityka rozbudza emocje, jakich dawno nie było? Oceniaj i komentuj działania i wypowiedzi posłów i senatorów z podziałem na okręgi i komitety. Twój głos zawsze się liczy!
REKLAMA